Przyznam się do czegoś... od momentu, kiedy się wziąłem za siebie, zacząłem oglądać się za dziewczynami i kobietami. Nie myślcie, że wcześniej to nie miało miejsca, ale dotychczas nie przybierało takiej formy jak teraz, bo teraz robię to nałogowo i wręcz odruchowo. Gapię się na te boskie stworzenia, ze spódniczkami krótszymi niż przekątna karty kredytowej i nie potrafię się opanować. Czasami patrzę na zjawiskowo długie nogi, czasami prosto w oczy uśmiechając się delikatnie. Zdarza się, że taki uśmiech zostanie odwzajemniony i wtedy czuję się w siódmym niebie. Niezmienny pozostaje fakt, iż nie odważyłem się do żadnej z nich odezwać, przejąć inicjatywy i zaproponować wspólnego wyskoczenia na przysłowiową kawę. Po prostu się boję...
...coś ciągnie mnie niemal jak magnes do ustawicznego wracania na Piotrkowską i obserwowanie tych wspaniałych niewiast. To cudowne uczucie, chyba nieporównywalne z niczym innym. W duchu pytam siebie, kiedy się odważę, zdecyduję, kiedy będę miał na tyle odwagi. Ile czasu musi jeszcze minąć, ile kilogramów ubyć. A może to tylko kolejna zasłona i po osiągnięciu wymarzonej wagi, znajdę inne ale...
...eh...
05 sierpnia 2010
29 lipca 2010
kłębek nerwów...
Był letni wieczór. Po słońcu pozostał już tylko smutniejszy brat bliźniak. Szelest sztruksowych spodni przywodził na myśl odgłos pranych w rzekach, na starych tarkach, koszul. Piotrek spieszył się grzebiąc przy tym gorączkowo w kieszeniach. W pewnym momencie znalazł to czego tak usilnie szukał. Światła wtem potulnie zamrugały dwa razy zupełnie jak długie rzęsy dzierlatki puszczone w delikatny ruch na widok przystojniaka. Słychać było w tle tylko delikatne upuszczenie powietrza. Klamka ustąpiła a drzwi bez żadnego odgłosu otworzyły się i zamknęły sekundę później. Chromowane ostrze niczym sztylet znalazło miejsce swojego przeznaczenia. Pomarańczowa kontrolka zapaliła się na chwile by w mgnieniu oka można było usłyszeć ten charakterystyczny odgłos. To 5 cylindrów budziło się do życia. Złośliwcy mówili, że to fragment ukrojony niemal rzeźnickim nożem z niemieckiego u-boot'a. Ich praca jednak stawała się równiejsza i równiejsza, by po chwili być zupełnie monotonną i niemal niedostrzegalną. Koła obróciły się w miejscu i w jednej chwili Mercedes ruszył. Jego właściciel zwykł traktować go dobrze, ale tym razem wymagał od niego największych wyrzeczeń. Wskazówka obrotomierza wciąż rosła i zaczynała wdrapywać się na czerwoną skalę. Po chwili ulga, lecz sytuacja powtarzała się. Jeden bieg, drugi bieg. Do celu nie było daleko. Samochód i jego właściciela dzieliło od ich wspólnego miejsca przeznaczenia nie więcej niż 300 metrów. W dali widać było jeszcze zieloną poświatę. Żeby zdążyć, żeby ten cholerny sygnalizator nawet nie pomyślał o zmianie na czerwone. Udało się. Rozpędzona masa sunęła przed siebie i czekało ją jeszcze jedno epickie zadanie - zatrzymać się dokładnie tam gdzie życzył sobie tego kierowca. Zapadła cisza. Auto przestało się delikatnie kołysać a dźwięk rzędowej piątki zastąpił delikatny ton. Wprawne ucho dosłyszałoby pewnie słowa i rytm piosenki ale dla nas byłby to tytaniczny wysiłek. Ktoś chwycił za klamkę. Wsiadł pospiesznie i jakby z wyrzutem rzucił - Manufaktura. Znowu symfonia zagrała a kabinę rozjaśniła paląca się mocnym zielonkawym światłem, cyfra dwa. Samochód sunął z gracją na jaką pozwala 1600kg i bryła przypominająca radziecki wagon kolejowy. I tym razem auto i jego właściciel byli maksymalnie skupieni. Jednak coś zakłócało ten harmoniczny spokój. To były jej perfumy. Boskie połączenie konwalii i bzu. Ktoś tu ewidentnie nie mógł skupić się na prowadzeniu. Zapach drażnił płatki nosa a głowa nasuwała potok myśli i niewypowiedzianych słów. Jeszcze tylko półtora kilometra tej ferii aromatów. Wsteczne lusterko jakby na złość nie było skierowane tam gdzie być powinno. Zerkanie ukradkiem nie przynosiło spodziewanych efektów. Jeszcze tylko jeden zakręt i będę mógł ją zobaczyć pomyślał sobie kłębek nerwów okiełznujący tego kolosa na kołach...
- 12,50 wypowiedział jakby z niedowierzaniem Piotrek...
- pasażerka posłusznie wręczyła mu ustaloną kwotę, dodając na końcu - życzę panu miłej nocy.
- dziękuję, ale obawiam się, że nie będzie - odparł cicho taksówkarz...
- na to jakby żywszym głosem zareagowała kobieta i zapytała - dlaczego ?
- bo będzie samotna...
- 12,50 wypowiedział jakby z niedowierzaniem Piotrek...
- pasażerka posłusznie wręczyła mu ustaloną kwotę, dodając na końcu - życzę panu miłej nocy.
- dziękuję, ale obawiam się, że nie będzie - odparł cicho taksówkarz...
- na to jakby żywszym głosem zareagowała kobieta i zapytała - dlaczego ?
- bo będzie samotna...
20 lipca 2010
Światła Miasta...
Moja przygoda z rapem rozpoczęła się w drugiej połowie lat 90'tych. Wcześniej słuchałem różnych wynalazków począwszy od Gipsy Kings, których kasetę znałem na pamięć po rave w wydaniu legendarnego już zespołu Dune. Słuchałem wielu rzeczy, od disco polo, po trance jak i techno. Z resztą kiedyś wszystko co elektroniczne podpadało pod ten paragraf. Elektroniką zaraził mnie tata, który w kolekcji swoich ścieżek miał do dziś przechowywany w mej pamięci koncert Jarre'a Michel'a Jarre'a z Chin z roku 1982 i tam chyba mój ulubiony utwór - "Souvenir de Chine" [piękna melodia przecinana dźwiękiem aparatu fotograficznego]...
...zmiana nadeszła wraz z ukazaniem się kasety "Alboom" - Liroya. Pamiętam jakie poruszenie w podstawówce wywołały te teksty. Pełne wulgaryzmów i emocjonalnych przekazów. Kasety przegrywało się na potęgę, by po paru dniach słowa piosenek znała już cała szkoła. Głównym tematem był "Scyzoryk". Po czasie to wszystko ucichło, ale przypominam sobie, że od tego momentu zacząłem szukać w sklepach muzycznych, które wtedy sprowadzały się do kiosków lub stoisk na bazarach takich wykonawców jak 2Pac, IceT, Snoop Dogg. Nie do końca mnie to przekonywało, ponieważ rapowali oni po angielsku a język ten znałem wtedy na poziomie pierwszoklasisty. Dlatego też szukałem dalej i tak przechodziłem przez manie Scatman John'a, zespołu Mr. President czy Dr. Alban'a. Wtedy jednak nastąpił przełom, ponieważ poznałem polskich raperów, którzy mimo iż dopiero raczkowali, bardzo przypadli mi do gustu - Wzgórze YaPa3, Kaliber 44, Thinkadelic, Molesta Ewenement. Zacząłem się wtedy utożsamiać z tą kulturą, choć jeszcze wtedy to nie było to. Przełom nastąpił w pierwszej klasie ogólniaka. Tam wsiąknąłem w te klimaty za sprawą kolegów a szczególnie jednego z nich - Filipa. Był prekursorem. Podrzucał nam kasety z takimi wykonawcami jak Gang Starr, KRS One. Pamiętam jak wrócił z jednego chyba z pierwszych koncertów w Łodzi i był pod ogromnym wrażeniem freestyl'u Wujka Samo Zło - gościa o którym w życiu nie słyszałem, ale to był właśnie ten bodziec...
...w 1999 roku nastąpił kolejny szok - Grammatik wcześniej w ogóle nieznany mi zespół wydał chyba jedną z moich ulubionych płyt - EP+ a następnie kultowe dla mnie i setek tysięcy ludzi w moim wieku jarających się rapem - "Światła Miasta". Do dziś ta płyta się nie zestarzała i żadna nowa produkcja jej nie dorównuje. Może dlatego, że ja sam się postarzałem a czasy, w których wyszła wyidealizowałem - nie wiem. Potrafię tylko powiedzieć, że najwspanialszy koncert w moim życiu zaliczyłem właśnie na koncercie Grammatika w nieistniejącym już łódzkim klubie Forrum Fabricum - piękne czasy. Dzięki Martinez vel. Szatan from Manhatan, Filip vel Filippone, Arczi, Tryku, Forest, Ra-V, Świderek - takie chwile zostają z nami do końca....
...potem to już samo poszło - Fisz, Fokus, Ostry, Pezet. Muszę powiedzieć, że do dziś jestem wierny tylko tym starym wyjadaczom, starej sprawdzonej gwardii, której płyty premierowe kupuję zawsze i słucham ich z przyjemnością...
...Szczególny szacunek mam do Eldo. Jego płyty często mocno filozoficzne, potrafię puszczać godzinami. Ogromny podziw budzi we mnie ten człowiek. Facet zagadka, gość pełen tajemnic, oczytany, inteligenty i do tego skromny. Ideał do którego powinno się dążyć, ale pewnie życia mi nie starczy aby choć trochę mu dorównać...
...zainteresowanym polecam arcy ciekawy wywiad, przeprowadzony z nim dosłownie parę dni temu. Fanów rapu zainteresuje a fanów Leszka wręcz zainspiruje - zapraszam...
Preludium...
Część 1
Cześć 2
Cześć 3
Cześć 4
...zmiana nadeszła wraz z ukazaniem się kasety "Alboom" - Liroya. Pamiętam jakie poruszenie w podstawówce wywołały te teksty. Pełne wulgaryzmów i emocjonalnych przekazów. Kasety przegrywało się na potęgę, by po paru dniach słowa piosenek znała już cała szkoła. Głównym tematem był "Scyzoryk". Po czasie to wszystko ucichło, ale przypominam sobie, że od tego momentu zacząłem szukać w sklepach muzycznych, które wtedy sprowadzały się do kiosków lub stoisk na bazarach takich wykonawców jak 2Pac, IceT, Snoop Dogg. Nie do końca mnie to przekonywało, ponieważ rapowali oni po angielsku a język ten znałem wtedy na poziomie pierwszoklasisty. Dlatego też szukałem dalej i tak przechodziłem przez manie Scatman John'a, zespołu Mr. President czy Dr. Alban'a. Wtedy jednak nastąpił przełom, ponieważ poznałem polskich raperów, którzy mimo iż dopiero raczkowali, bardzo przypadli mi do gustu - Wzgórze YaPa3, Kaliber 44, Thinkadelic, Molesta Ewenement. Zacząłem się wtedy utożsamiać z tą kulturą, choć jeszcze wtedy to nie było to. Przełom nastąpił w pierwszej klasie ogólniaka. Tam wsiąknąłem w te klimaty za sprawą kolegów a szczególnie jednego z nich - Filipa. Był prekursorem. Podrzucał nam kasety z takimi wykonawcami jak Gang Starr, KRS One. Pamiętam jak wrócił z jednego chyba z pierwszych koncertów w Łodzi i był pod ogromnym wrażeniem freestyl'u Wujka Samo Zło - gościa o którym w życiu nie słyszałem, ale to był właśnie ten bodziec...
...w 1999 roku nastąpił kolejny szok - Grammatik wcześniej w ogóle nieznany mi zespół wydał chyba jedną z moich ulubionych płyt - EP+ a następnie kultowe dla mnie i setek tysięcy ludzi w moim wieku jarających się rapem - "Światła Miasta". Do dziś ta płyta się nie zestarzała i żadna nowa produkcja jej nie dorównuje. Może dlatego, że ja sam się postarzałem a czasy, w których wyszła wyidealizowałem - nie wiem. Potrafię tylko powiedzieć, że najwspanialszy koncert w moim życiu zaliczyłem właśnie na koncercie Grammatika w nieistniejącym już łódzkim klubie Forrum Fabricum - piękne czasy. Dzięki Martinez vel. Szatan from Manhatan, Filip vel Filippone, Arczi, Tryku, Forest, Ra-V, Świderek - takie chwile zostają z nami do końca....
...potem to już samo poszło - Fisz, Fokus, Ostry, Pezet. Muszę powiedzieć, że do dziś jestem wierny tylko tym starym wyjadaczom, starej sprawdzonej gwardii, której płyty premierowe kupuję zawsze i słucham ich z przyjemnością...
...Szczególny szacunek mam do Eldo. Jego płyty często mocno filozoficzne, potrafię puszczać godzinami. Ogromny podziw budzi we mnie ten człowiek. Facet zagadka, gość pełen tajemnic, oczytany, inteligenty i do tego skromny. Ideał do którego powinno się dążyć, ale pewnie życia mi nie starczy aby choć trochę mu dorównać...
...zainteresowanym polecam arcy ciekawy wywiad, przeprowadzony z nim dosłownie parę dni temu. Fanów rapu zainteresuje a fanów Leszka wręcz zainspiruje - zapraszam...
Preludium...
Część 1
Cześć 2
Cześć 3
Cześć 4
09 lipca 2010
zarwać fajną dupę...
Jakoś nigdy nie mogłem siebie zaakceptować. Głównie ze względu na nadwagę, która towarzyszy mi odkąd pamiętam. Do tego dochodziło dokuczanie rówieśników ze szkoły, choć nigdy z mojego bliskiego otoczenia. Tu zawsze miałem spokój i pełną akceptację. Problemy z dziewczynami miałem już w podstawówce. Pamiętam te swoje szczeniackie podchody okupione lękiem, poceniem się rąk, drżeniem głosu. Mając 15 lat i kończąc szkołę podstawową jeszcze w systemie ośmiu lat, wypadało znaleźć sobie partnerkę na bal. Oczywiście zostałem sam jak palec. W szkole zawiązywały się już różne sympatie i znajomości, ja jak zwykle byłem samotną ofiarą losu. Wyszedłem na tym w sumie nie najgorzej, ponieważ jako outsider w efekcie na bal poszedłem z jedną fajniejszych i ładniejszych dziewczyn, która z racji swojej złej opinii nikogo nie znalazła. I tak sparowani zrządzeniem losu wybraliśmy się razem. Oczywiście ja speszony i wręcz odrętwiały nie potrafiłem się choć na chwilę wyluzować i tak znajomość ta skończyła się tylko na wspomnianym balu. Pozostał jedynie szacunek kolegów oraz pewnego rodzaju poczucie wyższości nad innymi, ponieważ udało mi się zarwać fajną dupę o reputacji cichodajki, co w głowie piętnastolatka rodziło różne głupie myśli. O niej krążyły różne opowieści, jak to w wieku 13 lat chodziła na strych szkoły z ówczesnymi wymiataczami z klas ósmych. Wiecie co mam na myśli. Dzieciaki w tym wieku, łaknęły opowieści rodem z Cudownych Lat, serialu który to właśnie wtedy święcił triumfy w polskiej telewizji...
...na okres liceum przypada czas, kiedy znowu bezskutecznie próbowałem coś z tym zrobić. Efekt ten sam. Mimo, iż koledzy jakoś szczególnie nie uganiali się za spódniczkami, to ja jak zwykle biegłem gdzieś na szarym końcu stawki. Na imprezach szkolnych, zajmowałem się sprzętem nagłaśniającym, tylko dlatego by nie musieć myśleć o tym skrępowaniu towarzyszącym tzw. wolnym tańcom. Jednym słowem porażka. Tylko w stosunku do jednej dziewczyny miałem swego rodzaju luz i swobodę. Była nią Asia. Podobne nazwisko sprawiło, że już w pierwszej klasie L.O. zwróciła moją uwagę. Kruszyna była, jak dobry kumpel. Przestawała z chłopakami na korytarzu, mówiąc że dziewczyny są nudne jak flaki z olejem a u nas przynajmniej się coś dzieje. Fakt u nas każda przerwa była ciekawa i mijała zbyt szybko. Traktowała nas po równo, nikomu nie pokazując że któregoś z nas lubi bardziej. Próbowałem się do niej zbliżyć dwoma drogami. Dając jej korki z angielskiego, z którego notabene była zagrożona oraz jeżdżąc z nią wspólnie na rowerze. Nic nie przyniosło efektów. W momencie, kiedy nie przeszła do następnej klasy wszystko stało się jeszcze trudniejsze aż w końcu kontakt z nią stał się sprawą odległą. Największym ciosem była dla mnie informacja, która dotarła do mnie chyba w 4 klasie, że zaszła w ciąże z jakimś chłopakiem i jest zmuszona wyjść za niego za mąż. To był cios jak obuchem w głowę. Wszystko umarło, choć nigdy nic wielkiego nie miało miejsca. To smutne ale byłem dla niech zwykłym kolegą, choć ja się w niej podkochiwałem i miałem nadzieję na coś więcej. Do dziś pamiętam, że można było z nią pogadać na wszystkie tematy. Opowiadałem jej o swoich problemach, doradzała mi jak zachowywać się przy dziewczynach, próbowała nawet umówić mnie ze swoją koleżanką. Nie mieliśmy tajemnic, choć dziś pewnie mocno idealizuje naszą znajomość. Dziś pewnie jest szczęśliwą mamą i żoną i nie pamięta kolegi sprzed lat...
...na okres liceum przypada czas, kiedy znowu bezskutecznie próbowałem coś z tym zrobić. Efekt ten sam. Mimo, iż koledzy jakoś szczególnie nie uganiali się za spódniczkami, to ja jak zwykle biegłem gdzieś na szarym końcu stawki. Na imprezach szkolnych, zajmowałem się sprzętem nagłaśniającym, tylko dlatego by nie musieć myśleć o tym skrępowaniu towarzyszącym tzw. wolnym tańcom. Jednym słowem porażka. Tylko w stosunku do jednej dziewczyny miałem swego rodzaju luz i swobodę. Była nią Asia. Podobne nazwisko sprawiło, że już w pierwszej klasie L.O. zwróciła moją uwagę. Kruszyna była, jak dobry kumpel. Przestawała z chłopakami na korytarzu, mówiąc że dziewczyny są nudne jak flaki z olejem a u nas przynajmniej się coś dzieje. Fakt u nas każda przerwa była ciekawa i mijała zbyt szybko. Traktowała nas po równo, nikomu nie pokazując że któregoś z nas lubi bardziej. Próbowałem się do niej zbliżyć dwoma drogami. Dając jej korki z angielskiego, z którego notabene była zagrożona oraz jeżdżąc z nią wspólnie na rowerze. Nic nie przyniosło efektów. W momencie, kiedy nie przeszła do następnej klasy wszystko stało się jeszcze trudniejsze aż w końcu kontakt z nią stał się sprawą odległą. Największym ciosem była dla mnie informacja, która dotarła do mnie chyba w 4 klasie, że zaszła w ciąże z jakimś chłopakiem i jest zmuszona wyjść za niego za mąż. To był cios jak obuchem w głowę. Wszystko umarło, choć nigdy nic wielkiego nie miało miejsca. To smutne ale byłem dla niech zwykłym kolegą, choć ja się w niej podkochiwałem i miałem nadzieję na coś więcej. Do dziś pamiętam, że można było z nią pogadać na wszystkie tematy. Opowiadałem jej o swoich problemach, doradzała mi jak zachowywać się przy dziewczynach, próbowała nawet umówić mnie ze swoją koleżanką. Nie mieliśmy tajemnic, choć dziś pewnie mocno idealizuje naszą znajomość. Dziś pewnie jest szczęśliwą mamą i żoną i nie pamięta kolegi sprzed lat...
30 czerwca 2010
custom korek...
w Białasie przeważają tylko dwa kolory - czarny i biały. Brak tu chromu czy innych barw wśród elementów lub dodatków. Motyw korka jakoś szczególnie nie prześladował mnie w przypadku mojego poprzednika - Reda. Tym razem jednak zacząłem myśleć jak i ten element zmodyfikować w sposób ciekawy i niesztampowy. Oryginał, którego jedyną zaletą jest to, że w ogóle jest był dla mnie jedną z brzydszych rzeczy w tym aucie. Teoretycznie go nie widać, ale wystarczy, że wiem iż mam tą wyłupiastą poczwarę...
...Od dawna zaś chodziła za mną nakrętka wlewu gładka jak pupcia Doroty Gardias. Trochę czaiłem się z kupnem odpowiedniej sztuki, ale dużą pomocą był dla mnie trop Przemka. Zachęcony jego podpowiedzią kupiłem to o to cudo - korek baku paliwa od Simsona SR50...
...powiecie, że Simson nijak ma się do Wartburga, ale chwileczkę. Po pierwsze pasuje idealnie, jest płaski, gładki i subtelny... Dzięki pewnemu zabiegowi stał się również seksowny i bardziej tajemniczy...
...napis Simson mimo, iż mocno związany z kombinatem IFA nie przystawał do Lodówy i tak został zeszlifowany a korek wypolerowany. To jednaj nadal nie było to, choć na aucie prezentował się nieźle, to zmieniłem zdanie...
...bo ostatecznie został pomalowany na czarny mat i teraz wygląda tak:...
... ten custom korek, cieszy mnie tym bardziej, że jest pewnym smaczkiem, pewnego rodzaju wisienką na torcie, dopełnieniem całości. Na uwagę zasługuje szczególny napis na nim widniejący - "MIXTURE 1:50" przypominający właścicielom pojazdów marki Simson a teraz również mnie, że do baku należy wlewać mieszankę paliwa z olejem...
...zupełnie jak nowoczesne korki lub nalepki przypominające użytkownikom Diesli o wlewaniu wyłącznie oleju napędowego. Mały szczegół a cieszy ogromnie, ponieważ zostanie dostrzeżony tylko przez ciekawych detali, znawców tematu, którzy zapewne zauważą jego wyjątkowość i unikatowość... Takie dodatki luuubię...
...Od dawna zaś chodziła za mną nakrętka wlewu gładka jak pupcia Doroty Gardias. Trochę czaiłem się z kupnem odpowiedniej sztuki, ale dużą pomocą był dla mnie trop Przemka. Zachęcony jego podpowiedzią kupiłem to o to cudo - korek baku paliwa od Simsona SR50...
...powiecie, że Simson nijak ma się do Wartburga, ale chwileczkę. Po pierwsze pasuje idealnie, jest płaski, gładki i subtelny... Dzięki pewnemu zabiegowi stał się również seksowny i bardziej tajemniczy...
...napis Simson mimo, iż mocno związany z kombinatem IFA nie przystawał do Lodówy i tak został zeszlifowany a korek wypolerowany. To jednaj nadal nie było to, choć na aucie prezentował się nieźle, to zmieniłem zdanie...
...bo ostatecznie został pomalowany na czarny mat i teraz wygląda tak:...
... ten custom korek, cieszy mnie tym bardziej, że jest pewnym smaczkiem, pewnego rodzaju wisienką na torcie, dopełnieniem całości. Na uwagę zasługuje szczególny napis na nim widniejący - "MIXTURE 1:50" przypominający właścicielom pojazdów marki Simson a teraz również mnie, że do baku należy wlewać mieszankę paliwa z olejem...
...zupełnie jak nowoczesne korki lub nalepki przypominające użytkownikom Diesli o wlewaniu wyłącznie oleju napędowego. Mały szczegół a cieszy ogromnie, ponieważ zostanie dostrzeżony tylko przez ciekawych detali, znawców tematu, którzy zapewne zauważą jego wyjątkowość i unikatowość... Takie dodatki luuubię...
22 czerwca 2010
mocno uczuciowy...
Wczoraj obejrzałem film o samym sobie. To obraz o lękach, pragnieniach, uczuciach, przeżyciach. O trudnych tematach takich jak śmierć, zaufanie, nasze dziwactwa. „Dedykacja” bo tak się nazywa obraz, jest niemalże pełnym odzwierciedleniem tego jaki jestem, czego się obawiam, dokąd zdążam, na jaki rodzaj miłości czekam...
... zawsze byłem mocno uczuciowy. Jako mały chłopczyk płakałem na filmie E.T. Ile razy przyprowadzałem do domu jakiegoś szwendającego się psa i przychodził czas aby znaleźć mu nowy dom lub odwieźć go do schroniska, płakałem. Nie inaczej było teraz, mimo iż film zakończył się pozytywnie została we mnie pustka, pewien fragment który odtwarzam w głowie jeszcze raz, jeszcze i po raz kolejny. Zadaje je sobie wciąż pytanie – a jak będzie w moich przypadku. Czy odnajdę ilustratorkę własnych problemów i przyszłych szczęśliwych chwil. Potrzebuję czasu, ale zmarnowałem go dotychczas tak dużo, że na miejscu będzie pytanie czy zdążę. Mandy Moore, która grała w filmie postać Lucy Reily, jest wręcz idealnym odzwierciedleniem mojego marzenia. Ciepła, naturalnie piękna niczym dziewczyna z sąsiedztwa, otwarta, potrafiąca dodawać pewności siebie przekraczając kolejne to granice i bariery umysłu takich dziwaków jak ja. Chciałbym mieć choć krztę odwagi i pewności siebie aby spróbować kogoś poznać...
... zawsze byłem mocno uczuciowy. Jako mały chłopczyk płakałem na filmie E.T. Ile razy przyprowadzałem do domu jakiegoś szwendającego się psa i przychodził czas aby znaleźć mu nowy dom lub odwieźć go do schroniska, płakałem. Nie inaczej było teraz, mimo iż film zakończył się pozytywnie została we mnie pustka, pewien fragment który odtwarzam w głowie jeszcze raz, jeszcze i po raz kolejny. Zadaje je sobie wciąż pytanie – a jak będzie w moich przypadku. Czy odnajdę ilustratorkę własnych problemów i przyszłych szczęśliwych chwil. Potrzebuję czasu, ale zmarnowałem go dotychczas tak dużo, że na miejscu będzie pytanie czy zdążę. Mandy Moore, która grała w filmie postać Lucy Reily, jest wręcz idealnym odzwierciedleniem mojego marzenia. Ciepła, naturalnie piękna niczym dziewczyna z sąsiedztwa, otwarta, potrafiąca dodawać pewności siebie przekraczając kolejne to granice i bariery umysłu takich dziwaków jak ja. Chciałbym mieć choć krztę odwagi i pewności siebie aby spróbować kogoś poznać...
14 czerwca 2010
zstąpiłeś z nieba...
Paulinę znałem tylko z opowiadań mamy, z którą pracowała. Sympatyczna, pracowita dziewczyna w wieku podobnym do mojego. Ile razy słyszałem te peany wygłaszane na jej temat. Mimo, iż nie udało mi się jej poznać, pomogłem jej w znalezieniu dodatkowej pracy na weekendy, ot taki szczęśliwy traf...
...pierwszy raz zobaczyłem ją na zlocie Deluxe, niestety i mówię to całkiem serio, spierdoliłem sposobność poznania jej bliżej. Zaaferowany imprezą jedynie udało mi się z nią przywitać i się jej przyjrzeć. O mój Boże, zstąpiłeś z nieba w kobiecej postaci, pomyślałem...
...czas leciał ja w między czasie dzięki nieocenionej pomocy mojego bliskiego kolegi - hi "R" zacząłem o siebie bardziej dbać i przeszedłem na dietę z całkiem dobrym rezultatem. Może większa wiara w swoje możliwości czy może zupełnie coś innego sprawiły, że zacząłem o niej coraz częściej myśleć, żeby nie powiedzieć że stała się moją mała obsesją, dopalaczem czy rodzajem katalizatora własnych postanowień i wytyczonych celów. Z pewnych źródeł dowiedziałem się, że nikim się w tej chwili nie spotyka i postanowiłem działać. Działać dobrze powiedziane, polegało to na tym, że przez parę tygodni w każdy weekend zbierałem się w sobie i planowałem pojechać i zagadać... Planowałem, to też bardzo trafne słowo. Kończyło się na tym, że mówiłem sobie - za tydzień dam radę, na pewno, wtedy już na pewno...
...wczoraj dotrzymałem danego sobie słowa. Sytuacja była sprzyjająca, żadnego marudzenia nad głową. Niedzielny poranek miałem tylko dla siebie. Naszykowany podjechałem po jakiś stosowny dodatek do moich starań i stało się - ruszyłem w nieznane. Pogoda była przepiękna, brak upału a jednocześnie słoneczko. Tylko ja, Merc i jazda. Walka w głowie trwała całą drogę. Układałem sobie tekst, który chciałem wypowiedzieć jak pacierz, próbowałem sobie wyobrazić tą sytuację i przygotować się na różne ewentualności. Tego jednak nie przewidziałem...
...ulica była pusta, wszedłem niepostrzeżenie chowając za sobą różę. Prz kasie stała ona i jakaś babcia z wnuczkiem, pomyślałem dobrze, mam chwilę na ogarnięcie tej sytuacji. Podszedłem, przywitałem się, poznała mnie choć nie kryła zdziwienia. Zapytałem czy nie zechciała by się spotkać któregoś dnia i tu padły słowa, których w zyciu bym się nie spodziewał. Było jak na tanich komediach romantycznych. Usłyszałem - "wiesz mam bardzo dobry układ z twoją mamą, nie chciałabym tego zepsuć". Osłupiałem, nie wiem czy dałem to po sobie poznać, ale było mi wszystko jedno. Brałem pod uwagę odmowę. W końcu nie każdy chce się umówić z takim typem jak ja, można również nie mieć zwyczajnie ochoty, można się z kimś spotykać i to było by normalne. Po prostu zwykłe, dziękuję...
...jednak takiej odpowiedzi się nie spodziewałem. Kim w takim razie jestem, jakimś cholernym szlabanem na drodze relacji między nią a moją matką. Do teraz nie jestem w stanie tego pojąć. Z wylanym na plecy lodowatym kubłem wody, wręczyłem kwiat i pożegnałem się...
...to ciekawe ale wracałem mimo wszystko szczęśliwy. Przynam, że cieszyłem się jak głupi. Domyślacie się pewnie dlaczego... po prostu dałem radę. Zrealizowałem postanowienie, nie odpuściłem, nie przstraszyłem się, nie wymiękłem. Odważyłem się...
...kolega kiedyś powiedział mi, już nie jeden raz. Zrób coś, nawet jak nie ma to większych szans powodzenia, żeby potem nie żałować tego, że się nie spróbowało...
... i wiecie co, nie żałuję...
...pierwszy raz zobaczyłem ją na zlocie Deluxe, niestety i mówię to całkiem serio, spierdoliłem sposobność poznania jej bliżej. Zaaferowany imprezą jedynie udało mi się z nią przywitać i się jej przyjrzeć. O mój Boże, zstąpiłeś z nieba w kobiecej postaci, pomyślałem...
...czas leciał ja w między czasie dzięki nieocenionej pomocy mojego bliskiego kolegi - hi "R" zacząłem o siebie bardziej dbać i przeszedłem na dietę z całkiem dobrym rezultatem. Może większa wiara w swoje możliwości czy może zupełnie coś innego sprawiły, że zacząłem o niej coraz częściej myśleć, żeby nie powiedzieć że stała się moją mała obsesją, dopalaczem czy rodzajem katalizatora własnych postanowień i wytyczonych celów. Z pewnych źródeł dowiedziałem się, że nikim się w tej chwili nie spotyka i postanowiłem działać. Działać dobrze powiedziane, polegało to na tym, że przez parę tygodni w każdy weekend zbierałem się w sobie i planowałem pojechać i zagadać... Planowałem, to też bardzo trafne słowo. Kończyło się na tym, że mówiłem sobie - za tydzień dam radę, na pewno, wtedy już na pewno...
...wczoraj dotrzymałem danego sobie słowa. Sytuacja była sprzyjająca, żadnego marudzenia nad głową. Niedzielny poranek miałem tylko dla siebie. Naszykowany podjechałem po jakiś stosowny dodatek do moich starań i stało się - ruszyłem w nieznane. Pogoda była przepiękna, brak upału a jednocześnie słoneczko. Tylko ja, Merc i jazda. Walka w głowie trwała całą drogę. Układałem sobie tekst, który chciałem wypowiedzieć jak pacierz, próbowałem sobie wyobrazić tą sytuację i przygotować się na różne ewentualności. Tego jednak nie przewidziałem...
...ulica była pusta, wszedłem niepostrzeżenie chowając za sobą różę. Prz kasie stała ona i jakaś babcia z wnuczkiem, pomyślałem dobrze, mam chwilę na ogarnięcie tej sytuacji. Podszedłem, przywitałem się, poznała mnie choć nie kryła zdziwienia. Zapytałem czy nie zechciała by się spotkać któregoś dnia i tu padły słowa, których w zyciu bym się nie spodziewał. Było jak na tanich komediach romantycznych. Usłyszałem - "wiesz mam bardzo dobry układ z twoją mamą, nie chciałabym tego zepsuć". Osłupiałem, nie wiem czy dałem to po sobie poznać, ale było mi wszystko jedno. Brałem pod uwagę odmowę. W końcu nie każdy chce się umówić z takim typem jak ja, można również nie mieć zwyczajnie ochoty, można się z kimś spotykać i to było by normalne. Po prostu zwykłe, dziękuję...
...jednak takiej odpowiedzi się nie spodziewałem. Kim w takim razie jestem, jakimś cholernym szlabanem na drodze relacji między nią a moją matką. Do teraz nie jestem w stanie tego pojąć. Z wylanym na plecy lodowatym kubłem wody, wręczyłem kwiat i pożegnałem się...
...to ciekawe ale wracałem mimo wszystko szczęśliwy. Przynam, że cieszyłem się jak głupi. Domyślacie się pewnie dlaczego... po prostu dałem radę. Zrealizowałem postanowienie, nie odpuściłem, nie przstraszyłem się, nie wymiękłem. Odważyłem się...
...kolega kiedyś powiedział mi, już nie jeden raz. Zrób coś, nawet jak nie ma to większych szans powodzenia, żeby potem nie żałować tego, że się nie spróbowało...
... i wiecie co, nie żałuję...
09 czerwca 2010
wyjazdy...
Ostatnio szukałem różnych szpargałów wśród swoich zakupionych czy znalezionych dupereli i wpadły mi w ręce dwie ciekawe rzeczy. Dodatki, dziś pasujące do auta jak ulał. Z obydwoma wiążą się ciekawe historie...
...kanister na paliwo:
...banieczka na paliwo, pojemność 5L choć w rzeczywistości pod korek całe sześć literków. Została kupiona na jakimś zachodnioniemieckim szrocie w 85 roku, kiedy mój tata wybrał się do RFN'u kupić zachodnią furę. Wyjazd skończył się niepowodzeniem, ale pamiątka została. Co ciekawe kanisterek jest produkcji rodem z NRD. Sygnowany literami TGL wraz z numerem seryjnym. Prawdopodobnie był dodatkiem, który można było dokupić w fabryce/salonie/sklepie przy fabrycznym. Data jaką jest podbity informuje, że został wyprodukowany w roku '79. Jest oznaczony krajem produkcji Deutsche Demokratische Republik. Ma również literkę M prawdopodobnie symbol koncernu Minol oraz znak Pneumanta. Służyła dzielnie ojcu przez wiele, wiele lat w dużym fiacie. Później zaginęła, walała się w komórkach, garażach. Swego czasu nawet chciałem ją wyrzucić. Nie przywiązywałem do niej wielkiego sentymentu, nawet wówczas kiedy miałem Reda. Teraz jednak stanowi bardzo ciekawy dodatek do Białasa i prawdopodobnie w tym roku wróci w swe rodzinne strony :)...
...drugi gadżet to, tak popularny w pewnym okresie PRL'u obowiązkowy dodatek do każdego samochodu. Chodzi oczywiście o notesik na przyssawkę:
...ten szpargał jest za to dziełem prawdopodobnie polskich wytwórców, rodem z prywaciarskich rzemieślniczych rąk. Był to swego czasu hit eksportowy na Węgry wraz z czapkami typu Trucker'ka, okularami a'la amerykański policjant, zegarkami z 8 czy 16'stoma melodyjkami lub żaluzjami na przyssawkę. Skąd o tym wiem ? A to stąd, że moi rodzice śmigali po państwach bloku wschodniego i brali życie takim jakim było, często zabierając i mnie. Swoją pierwszą podróż odbyłem do Bułgarii jeszcze Syreną mając 3 lata. Potem już stale jeździłem na tzw. wyjazdy...
...ciekawe czasy, niektóre rzeczy pamiętam bardziej, inne tylko jak przez mgłę...
...kanister na paliwo:
...banieczka na paliwo, pojemność 5L choć w rzeczywistości pod korek całe sześć literków. Została kupiona na jakimś zachodnioniemieckim szrocie w 85 roku, kiedy mój tata wybrał się do RFN'u kupić zachodnią furę. Wyjazd skończył się niepowodzeniem, ale pamiątka została. Co ciekawe kanisterek jest produkcji rodem z NRD. Sygnowany literami TGL wraz z numerem seryjnym. Prawdopodobnie był dodatkiem, który można było dokupić w fabryce/salonie/sklepie przy fabrycznym. Data jaką jest podbity informuje, że został wyprodukowany w roku '79. Jest oznaczony krajem produkcji Deutsche Demokratische Republik. Ma również literkę M prawdopodobnie symbol koncernu Minol oraz znak Pneumanta. Służyła dzielnie ojcu przez wiele, wiele lat w dużym fiacie. Później zaginęła, walała się w komórkach, garażach. Swego czasu nawet chciałem ją wyrzucić. Nie przywiązywałem do niej wielkiego sentymentu, nawet wówczas kiedy miałem Reda. Teraz jednak stanowi bardzo ciekawy dodatek do Białasa i prawdopodobnie w tym roku wróci w swe rodzinne strony :)...
...drugi gadżet to, tak popularny w pewnym okresie PRL'u obowiązkowy dodatek do każdego samochodu. Chodzi oczywiście o notesik na przyssawkę:
...ten szpargał jest za to dziełem prawdopodobnie polskich wytwórców, rodem z prywaciarskich rzemieślniczych rąk. Był to swego czasu hit eksportowy na Węgry wraz z czapkami typu Trucker'ka, okularami a'la amerykański policjant, zegarkami z 8 czy 16'stoma melodyjkami lub żaluzjami na przyssawkę. Skąd o tym wiem ? A to stąd, że moi rodzice śmigali po państwach bloku wschodniego i brali życie takim jakim było, często zabierając i mnie. Swoją pierwszą podróż odbyłem do Bułgarii jeszcze Syreną mając 3 lata. Potem już stale jeździłem na tzw. wyjazdy...
...ciekawe czasy, niektóre rzeczy pamiętam bardziej, inne tylko jak przez mgłę...
01 czerwca 2010
jebie stęchlizną...
Jebie stęchlizną na tym blogu, od co. Fakt dawno tu nie zaglądałem. Czy dużo od poprzedniego wpisu się pozmieniało ? Tak i nie...
...nie wiedzieć czemu ja w ogóle nie pokazałem swojego nabytku. Och jakie niewytłumaczalne i niewybaczalne faux pas. Przecież jest tu tylu fanów mojej skromnej osoby i mojego auta :D
O to Białas...
...szerszy opis na WR. Fotki są z października 2009. Dziś auto wygląda niemal tak samo. Ale wpis kolejnego postu wynika z pewnego drobnego faktu. Dorobiłem się wreszcie tak wymarzonych pasów szelkowych, w których zakochałem się od pierwszego wejrzenia, kiedy podobne zobaczyłem na zlocie w DE...
...o jak one się prezentują na moich kubełkach:
...autko z czystej chęci zmiany jego dość nudnego wizerunku doczekało się kompletowanych i zbieranych od dłuższego czasu wlep. Efekty możecie zobaczyć na własne oczy i zjechać mnie jak burą sukę...
...nie wiedzieć czemu ja w ogóle nie pokazałem swojego nabytku. Och jakie niewytłumaczalne i niewybaczalne faux pas. Przecież jest tu tylu fanów mojej skromnej osoby i mojego auta :D
O to Białas...
...szerszy opis na WR. Fotki są z października 2009. Dziś auto wygląda niemal tak samo. Ale wpis kolejnego postu wynika z pewnego drobnego faktu. Dorobiłem się wreszcie tak wymarzonych pasów szelkowych, w których zakochałem się od pierwszego wejrzenia, kiedy podobne zobaczyłem na zlocie w DE...
...o jak one się prezentują na moich kubełkach:
...autko z czystej chęci zmiany jego dość nudnego wizerunku doczekało się kompletowanych i zbieranych od dłuższego czasu wlep. Efekty możecie zobaczyć na własne oczy i zjechać mnie jak burą sukę...
23 marca 2010
tak się stało...
...przyznaję, że jeden jest w opłakanym stanie, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Są na tyle rzadkie i trudno osiągane szczególnie w Polsce, że nie zastanawiałem się ani chwili. Drugi jest w sumie w stanie lepszym niż poprzednie, ale szmata a'la majtki dziadka jest mocno wypłowiała i nie przypomina tej, która ujawnia się po stronie wewnętrznej. Będzie to dobra baza do renowacji. Tym razem są one w 100% kompletne. Mają sprawne szyny, oryginalne całe stelaże, działające automaty oparć. Mają też inna ciekawą rzecz - mianowicie wydające się na oryginalne mocowania zagłówków. Z powodu braku takowych pod ręką, nie miałem okazji sprawdzić, ale pewnie nasze śmieszne plastikowe zagłówki z tapczanów będą pasowały, choć tylko fizycznie, bo na pewno nie stylistycznie...
...Eine Raritate Sportliche Sitze się jeszcze kiedyś przydadzą, daję słowo, a nawet jeśli nie prędko, miło jest wiedzieć, że ma się w posiadaniu 50% całej ich Polskiej populacji...
Siema...
Subskrybuj:
Posty (Atom)































































