08 maja 2019

prolog, część pierwsza - "bracia krwi"...

     Może to dziwne, ale samochody kombi z reguły podobają mi się najbardziej ze wszystkich wersji nadwoziowych jakie wymyślili dotychczas styliści. Aż dziwne, że moj pierwszy Wartburg nie był rozmiaru XXL. Jednak sam zakup 353S w roku 2000 na kilka tygodni przed moimi 18'stymi urodzinami był dość przypadkowy, w dodatku wtedy jeszcze nie miałem wyrobionego gustu motoryzacyjnego. Wystarczyło kilka lat, aby w 2007 roku kupić jako swoje pierwsze auto użytkowe Mercedesa W124 oczywiście w wydaniu Touring. W tych kształtach coś jest. Ta zwarta, prosta forma, długa linia dachu i szyb. Większa niż w sedanie bryła, która sprawia, że większość nawet dzisiejszych kombi, a tym bardziej klasycznych kształtów to dla mnie wielkie lochy, na których widok szybciej bije mi serce...

...po bratobójczej śmierci Reda w 2009 i półrocznej rozłące z Wartburgiem zwyczajnie chciałem kupić jakiegoś Wartburga 353. Bez znaczenia było dla mnie czy będzie w chromie, froncie czarnym czy po ostatnim lifcie, choć zdawałem sobie bardzo dobrze sprawę, iż wersja z lat '60 czy '70 będzie poza moim zasięgiem finansowym. Również nadwozie kombi w posiadanym przeze mnie budżecie będzie do totalnego remontu, a przecież ja już nie chciałem grzebać się odbudowie. Wycinać zaatakowanych przez trąd fragmentów progów czy podłogi - chciałem auto uzdatnić do jazdy, porobić według swojego wyrobionego gustu i cieszyć się życiem z klasykiem u boku...

...w czerwcu 2009 kupiłem Białasa i o kwestii posiadania kombiaka zapomniałem na kilka lat. Skłamałbym, że zupełnie, ponieważ kupując zapasowe części do mojego magazynku, cały czas, gdzieś z tyłu głowy mówiłem sobie - muszę mieć dany element co najmniej w dwóch egzemplarzach - Dla Białasa i jego jeszcze nieznanego brata. Jednak była to bardziej mrzonka niż jakiś grubszy plan...

...o zakupie Wartburga w wersji Wagon pomyślałem pierwszy raz jakieś 4 czy 5 lata temu, ale były to jedynie luźne rozkminy. Jednak od tego momentu myśl ta świtała mi w głowie coraz częściej, do tego stopnia, że jego poszukiwaniem zaraziłem moją "byłą dziewczynę". I tak któregoś razu znalazła ofertę spod okolic Wrocławia. Żółte kombi za 1800 zł w akceptowalnym na zdjęciach stanie z kilkoma dodatkowymi częściami. Uruchomiłem więc swoje kontakty z lat prosperującego Klubu Wartburga i dzięki uprzejmości niezastąpionego Żereba dowiedziałem, że auto jest w stanie jak określił Piotrek - "maksymalnie 1000 zł, a i tak sam nie chciałbym go robić"...









...wyglądało to tak, jakby ktoś chciał ukryć wszechobecną korozję i pomalował auto czarną farbą, a doły drzwi zamazał bliżej nieokreśloną smołowatą substancją. Wnętrze było podobno skatowane i do szyb umazane tą samą farbą. Silnik był zdemontowany i trudno było cokolwiek powiedzieć o stanie tego auta. Dlatego też z miejsca opuściłem...

...drugi samochód jaki pojawił się w roku 2015 w zasięgu mojego budżetu stacjonował w Kętrzynie. Kawał drogi, bo z Łodzi to prawie 400 km, ale na to również znaleźliśmy sposób z panną P. Po prostu wyjechaliśmy kilka dni przed oględzinami i spędziliśmy je w jednej z najpiękniejszych krain Polski. Oglądając dziesiątki Jezior, kąpiąc się w kilku z nich, odwiedzając Bunkier Hitlera, zwiedzając dogłębnie Mrągowo i Kętrzyn...















...Niestety ostatni dzień poświęcony na oglądanie kombi był czasem straconym. Pomimo ceny wyjściowej 2000 zł, która ostatecznie spadła do 1200 zł, rzadkiej wersji przejściowej z roku 84 z czarnym frontem, a także mojego ulubionego białego koloru i szyberdachu, nie zdecydowałem się go kupić. Auto miało prawdopodobnie zatarty silnik, cieknącą pompę wody, brak obu progów, obu nadkoli i bagażnika. Dla mnie było to zbyt wiele, dlatego z czystym sumieniem, dałem sobie spokój...

...z szukaniem samochodu jest zupełnie odwrotnie niż w Ewangelii według św. Mateusza - nie szukajcie, a będzie Wam dane. Tak samo jak w przypadku Białasa, kolejne auto pojawiło się na grupie miłośników Wartburga zrzeszonych na Fejsie całkiem przypadkowo...

...i tak w okolicach lipca 2017, bliżej nieokreślony gość ze Środy Wielkopolskiej wstawił ogłoszenie o sprzedaży pakietu dwóch kombiaków. Wszyscy na forum łącznie ze mną byli nieco skonsternowani niecodzienną ofertą. Padały głosy, ze trudno mu będzie sprzedać oba na raz, że ktoś kto szuka Tourista , nie weźmie zarówno wersji 353 jak i 1.3 bo to dwa różne światy. I pewnie mieli by racje, gdyby nie drobny szczegół - cena. Oba auta w pakiecie niczym z tureckiego komisu mieszczącego się w byłym NRD kosztowały 2000 zł...







...do dziś żałuję, że nie wpadłem na pomysł zakupu obu egzemplarzy i sprzedaży jednego z nich. Na szczęście jednak, auta zdecydował się kupić mój znajomy z Łodzi - Mateusz. Dziwiłem się nawet, że posiadając jeden nieskończony projekt Wartburg 353W - Zitrusgelb, którego narodziny można było śledzić swego czasu na Fejsie, porywa się na zakup kolejnych dwóch aut...

...muszę przyznać uczciwie, że dotąd Mateusza nie znałem zbyt mocno. Lata temu poznaliśmy się w przelocie przy okazji spotów łódzkiego światka tuningowanych klasyków. Wiedziałem, że ma Mantę, którą odbudował w najdrobniejszych szczegółach z pietyzmem godnym restauracji fresków w Kaplicy Sykstyńskiej. W pewnym sensie nawet za nim nie przepadałem, bo wydawał się bubkiem. Dopiero bliższe poznanie sprawiło, że zrewidowałem swoje mylne pojęcie o tym, jak się później okazało przesympatycznym gościu. Na nowo nasze drogi przecięły się przy okazji jego poszukiwań Wartburga 353W. Wtedy wydało się, że pierwszym autem Mateusza był Trabant i w jego DNA jest solidnie umocowany chromosom DDR...



...na rozmowach o Wartburgach i starej motoryzacji potrafiliśmy spędzić kilka godzin w nieogrzewanym garażu. Zapewne wtedy strzeliłem z ucha, że sam chętnie bym przytulił jeszcze jednego Wartburga, tym razem mogącego pomieścić dwa metry kartofli. Pewnie dlatego Mateusz pamiętając o tym, tuż po zakupie tego podwójnego zestawu Burgerów, 15 sierpnia 2017 wysłał mi te trzy fotografie:





...oba auta zostały zwiezione szczęśliwie do Łodzi - bracia krwi stanęli obok siebie czekając na dalszy rozwój wydarzeń...



...c.d.n...

04 maja 2019

nazywam go Turystą!

     Nawet nie wiem jak zacząć. Zbyt wiele czasu minęło, za dużo zaległości się nawarstwiło. Truizmem będzie powiedzenie, że czasu nie cofnę, ale czy bym chciał...

...nie chciał bym, ponieważ wszystko to co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch lat było dla mnie cennym doświadczeniem, empirią, która pozwoliła mi dokonywać dobrych wyborów. I tak w czerwcu 2017 poznałem zupełnie przypadkowo swojego przyszłego pracodawcę. Dwóch Pakistańczyków wsiadło do mojej taksówki i pojechało ze mną w kilka miejsc. Nie znali ani słowa po polsku, więc bardzo odpowiadało im, iż rozmawiałem z nimi płynnie po angielsku. Zarobiłem z nimi parę złotych tego dnia, a moi klienci, byli na tyle zadowoleni z "obsługi", że zaproponowali mi wożenie ich dnia następnego, i następnego i tak kilka dni pod rząd. Okazało się, że prócz usług transportowych przydaje im się jako tłumacz.

...w ciągu kilku tygodni pracy z nimi dostałem propozycję roboty na etacie i powiem szczerze, że to był bardzo dobry pomysł. Pracę na taksówce lubiłem, ale przyszedł moment, że zleceń było mniej, a brak wizji zgarnięcia gotówki na mieście sprawiał, że nie chciało mi się wychodzić na słupek. Koło się zaczęło zamykać do tego stopnia, że straciłem płynność finansową, a to od razu odbiło się na zaległościach w ZUSie. Stała praca i comiesięczna pensja na szczęście uratowała sytuację...

...w pakistańskiej firmie przerobiłem ponad półtora roku. Kilkukrotnie nosiłem się z zamiarem rezygnacji i zmiany pracy, ale nie miałem na tyle odwagi, a zdrowy rozsądek podpowiadał mi - jeszcze nie teraz, zagrzej tu dłużej miejsca, tak aby móc nabrać jakiejś wiedzy, doświadczenia, podszkol język. Pomimo, iż byłem zatrudniony jako manager sprzedaży, to właściwie robiłem wszystko. Byłem sprzedawcą w sklepie, zaopatrzeniowcem, magazynierem, kierowcą, szoferem szefa, tłumaczem, pełnomocnikiem i prawą ręką we wszelakich urzędach, a także u radcy prawnego czy rzecznika patentowego. Podpisywałem umowy, robiłem zaopatrzenie, kupowałem wszelkie niezbędne rzeczy potrzebne w prowadzeniu firmy. Szukałem lokalu, a następnie urządzałem go na sklep i jeszcze setki różnych dziwnych zajęć jakie niezbędne są, kiedy pracuje się w niewielkiej firmie rodzinnej.

...jednak przyszedł moment na zmiany. Zacząłem nienawidzić szefa, który był totalnie niezorganizowany, wstawał o 11:00, a normą było, iż witał mnie w brudnej piżamie. Nie prowadził kalendarza spotkań, wiecznie się spóźniał i był skąpcem większym niż polski rząd przyznający coroczną rewaloryzację emerytur.

...miałem tego dość i odszedłem w lutym tego roku. Co prawda dość szybko znalazłem nowe zajęcie, ale po nieco ponad miesiącu zrezygnowałem. Normalnie trzymałbym tę pracę rekami i nogami, ale atmosfera panująca w biurze, szef idiota/choleryk i jego nieznająca się na niczym córka grająca właściciela sprawiły, że dziś jestem bezrobotny...

...fakt, nie mam pracy, ale jestem dziwnie spokojny. Jakoś się ułoży, zawsze się układa, szczególnie, ze nie jestem już sam. Dziś wspiera i dopełnia mnie druga połowa...

...i może winienem się zamartwiać całą tą sytuacją, szczególnie, że zacząłem remont Wartburga i pieniądze potrzebne będą jak nigdy dotąd...

...a właśnie, mówiłem Wam, że kupiłem Wartburga 353S? Nazywam go Turystą!



04 maja 2017

wspólny bieg...



          Wiecie czym jest miłość? Powiem Wam - jest niczym. Niczym konkretnym, bowiem miłość nie istnieje, miłości nie ma. Nie da się jej poczuć, zbadać, dotknąć czy zmierzyć. Miłość to wytwór naszej wyobraźni. To jedynie ludzka potrzeba kreowania rozbudowanej semantyki. To tęsknota za czymś tak samo nierealnym jak pogoń za bezpieczeństwem. Życie zawsze stawia nam warunki, narzuca ograniczenia. Każe wszystko nazywać, identyfikować, określać, wszystkiemu przypisywać jakieś role. Aby móc coś zdefiniować, musimy to nazwać. Kiedy nie potrafimy czegoś opisać, oznacza to, iż tego nie rozumiemy. I właśnie miłości nie da się wprost zdefiniować, a przez to zwyczajnie pojąć...

...nazywacie to chemią, motylkami trzepoczącymi w brzuchu. Przecież to coś odbiera apetyt, umysł nakierowuje na jeden tor, skłania do podejmowania wysiłku, dokonywania rzeczy wcześniej zupełnie nierealnych, pokonywania przeszkód nie do przejścia, podnoszenia ciężarów nie do udźwignięcia. Czemu tak się dzieje? Po co to robimy? Karmimy się w ten sposób nadzieją na lepsze jutro. Jest powód aby każdego ranka wstać, powiedzieć sobie - mogę wszystko...

... sami wiecie, że po jakimś czasie brzmi to jak zwykłe bzdury. Jeśli tylko jesteście wierni tej jednej osobie, to prędzej czy później przychodzi codzienność. Brakuje już wielkich słów, wyjątkowych czynów, które kiedyś przyprawiały Was o podwyższone tętno. Teraz nawet wspólny bieg nie przyspieszyłby Wam pulsu...

...a liczy się wszak to co najprostsze i najtrwalsze. Fakt, że mamy do kogo wracać, z kim podzielić się problemami, o kim pomyśleć. Pochwalić się sukcesem, pomarudzić o niepowodzeniu. Wiemy, że jak tylko zajdzie potrzeba, będziemy mogli liczyć na tę drugą osobę, a kiedy wygramy bilety na wycieczkę to pewnikiem będzie to, iż wyjedziemy tam we dwoje...

...i naprawdę kiedy nauczycie się siebie tak dobrze, że żadne zachowanie partnera nie będzie już niespodzianką, to czy przez to świat nagle stanie się dla Was od razu szary i bez wyrazu? Jeśli tak, to znaczy, że człowiek, z którym idziecie pod rękę, to tylko przypadkowy uczestnik spaceru, nikt więcej...

...serdeczna przyjaciółka powiedziała mi ostatnio, że udany związek to umiejętność ciągłego zakochiwania się w drugim człowieku. A ta, tak zwana miłość,  to przecież nic innego jak jakaś bliżej nieokreślona fascynacja. Jeśli namiętność ulotniła się z czasem to nadal mamy to co w relacjach dwóch bliskich sobie ludzi najcenniejsze  - zrozumienie, szacunek, wzajemne wsparcie, rozmowa...

...kiedy w takim razie następuje definitywny koniec wspólnej przechadzki pod rękę? Gdy oboje przestaliście rozmawiać, powierzać sobie wzajemnie myśli, mówić o problemach, i gdy w miejsce zaufania wkrada się zaniechanie...

...jeśli natomiast choć jednemu z Was nadal zależy na tej drugiej osobie, to choćby Waszego partnera cechowały dalece posunięte myśli i zachowania mizantropijne, walczcie o niego. Czasem każdy musi odpocząć od drugiej osoby, a czasem to tylko zawoalowane wołanie o pomoc. Nie bądźcie więc bierni, wyciągnijcie rękę, w końcu nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, zostaną wspomnienia i rozmowa...

... wszak czy na starość nie pozostanie nam jedynie rozmowa?

02 maja 2016

oswoić się z tą myślą...

      Najgorzej to chyba nie móc się pożegnać. Nie mieć kilku dni czy choćby kilkunastu godzin na to aby oswoić się z tą myślą. Wyświetlić te wszystkie sceny zakorzenione gdzieś głęboko w nas. Wrócić myślami do chwil na tyle mocno, że gotowi jesteśmy poczuć dotyk tak realny, a zapach tak intensywny aby niemal postradać przy tym zmysły. Czy to jeszcze jawa czy sen. Najwyższej próby tu i teraz czy wspomnienie, które pomimo bólu jakie nam sprawia, cofa nas do wydarzeń przyjemnych, uzmysławiając, że może za moment stracimy naszego przyjaciela, towarzysza, członka rodziny, ale jego cząstka pozostanie w nas. Później życie wielokrotnie podsuwać będzie obrazy i woń którą wyczujemy z taką łatwością, iż niemal natychmiast skojarzy się z sytuacją, personą czy konkretnym momentem z naszej przeszłości. Zabawna sytuacja przywiedzie na myśl podobną, już minioną, użyte stwierdzenie, wypowiedziany żart czy wychwycony nawyk wywoła uśmiech na naszej twarzy. Dlaczego? Bo pamięć może z czasem blednie, delikatnie się zaciera. I prawdopodobnie nie wszystko będziemy potrafili sobie przypomnieć, ale rozgrzeje nas wtedy jedna myśl. Ten człowiek był częścią mojego życia, zmienił je, wpłynął na nie, miał udział w moim rozwoju. Wielokrotnie mi pomagał. Nawet niezauważalnie, choć czasem tego nie chciałem, dawał rady, których nie słuchałem. A jednak mój Dziadek był obok i zawsze mnie wspierał...

...niestety, mój nigdy nie był dla mnie tym facetem z reklamy, który rozdaje wtulonemu w sweter dziecku, cukierki. Idzie na spacer pod rękę z małym chłopczykiem, który w pilotującym go mężczyźnie widzi cały swój świat. To prawda, chadzał ze mną na spacery do nieodległego parku, ale kiedy ja ciekałem z całą blokową ferajną on oddawał się grze w warcaby. Kiedy towarzysze moich zabaw znikali, ja zostawałem sam i oddawałem się temu co wychodziło mi najlepiej. Chowałem się w swoją wyobraźnię. Czy Dziadek grał na kasę, tego nie wiem. To mi nie przeszkadzało tak bardzo jak fakt, że lubił sobie łyknąć od czasu do czasu. A wtedy się go bałem. Babcia dobrze wiedziała co czuję, bo często zamykała drzwi od pokoju, w którym siedział wstawiony. Ja w tym czasie odgrodzony tym prowizorycznym murem niewiedzy, rysowałem, układałem puzzle, rozwiązywałem łamigłówki albo pomagałem Babci w kuchni. To prawda, brakowało mi Dziadka i z zazdrością słuchałem opowieści kolegów, którzy ze swoimi dziadkami spędzali najpiękniejszy czas. Jednak ja nie pamiętam aby poświęcał mi wiele uwagi kiedy byłem mały. Raczej nie przypominam sobie zbyt wielu momentów, w których był blisko, w których naprawdę poczułbym jego obecność i chwil, które do dziś zapadły by w pamięć. Raczej był to melanż takich historii jak nocne dobijanie się pijanego Dziadka Tadka do drzwi, kiedy nocowałem razem z siostrą i Babcią na Gdańskiej oraz ofiarowane mi 1000,00 złotych, które chciał abym przeznaczył na remont Red'a. A przecież sto razy bardziej wolałbym aby zwyczajnie poświęcał mi uwagę. Opowiadał o przeszłości, wyciągał z rękawa ciekawe historie, mówił o dobru i złu, zaproponował pomoc przy czymkolwiek z czym się zmagałem.

...nie można odmówić mu tego, że nie był pracowity. Większość rzeczy murowanych i tynkowanych w domku na działce, takich jak ogrodzenie, pasy dojazdowe czy mury domu były jego zasługą. A jednak do bycia dziadkiem było mu daleko. Jak widać nie każdy wchodzi w rolę od razu i natychmiast akceptuje stan rzeczy. Dziadek Tadeusz zbliżył się do mnie dopiero w ostatnich kilku latach swojego życia. Wtedy chyba zaczął traktować mnie jako godnego partnera do rozmów. A może był to tylko efekt demencji, w której opowiada się całe swoje życie komukolwiek kto chce tego słuchać. Tyle, że ja chciałem. Od lat czekałem na takie sam na sam. Tylko ja, opowieść i on. Najwięcej dowiedziałem się o nim podczas 6 miesięcy zawożenia go na radioterapię. Codziennie, sześć razy w tygodniu jechałem na Dąbrowę, wspinałem się na 5 piętro, odbierałem mojego dziadka i razem jechaliśmy do szpitala Kopernika. Zawsze był uparty i faktycznie początki były bardzo trudne. W końcu jednak pozwolił sobie pomagać. Otworzył się na mnie. Opowiadał o swoim życiu, o mojej Mamie. To był cenny i ciekawy czas. I gdyby nie on, nigdy tak dobrze bym go nie poznał. I zapewne dziś zwyczajnie powiedziałbym - tak, miałem dziadka, ojca mojej Mamy, jednakże nigdy go nie poznałem i praktycznie nie był mi bliski...

...po wygraniu walki z nowotworem krtani, żył jeszcze ponad 2,5 roku. To prawda, był już cieniem tego silnego, zawadiackiego i zawsze eleganckiego faceta. Jednak ja do końca poznawałem go na nowo, ponieważ chciał mieć kogoś u boku. Kogoś kto wesprze, wysłucha, opowie co słychać u reszty rodziny, pospiera się na temat polityki, wypije z nim piwo...

...zmarł nagle, przewieziony do szpitala w wieku 87 lat już z niego nie wyszedł. Niestety nie mogłem towarzyszyć mu w tych ostatnich chwilach. Sam bowiem miałem wypadek i w dniu jego pogrzebu leżałem na obserwacji...

... dzisiaj uczestniczyłem w pogrzebie Dziadka bardzo bliskiej mi osoby. I choć Pana Juliana nie poznałem zbyt dobrze, to chciałem pożegnać go z należytym szacunkiem. Szacunkiem, który zyskał w mych oczach po tych kilku spotkaniach, dzięki którym tak bardzo go polubiłem znajdując w nim cząstkę osoby, tak podobnej do mojego Dziadka. Dziś symbolicznie oddałem im obu skromny hołd...

...ze śmiercią, która dotyka nas bezpośrednio już tak jest, iż staje się momentem do przedsięwzięcia pewnych refleksji i podsumowań. I nie inaczej jest ze mną...

...kiedy kostucha puka już do naszych drzwi zamkniętych na lichy łańcuszek, a my bezsilnie wpatrujemy się w nią przez judasza, to najważniejsze i zarazem  jedyne co możemy zrobić to prosić o to, aby wrota naszego końca tutaj, otworzyła najprawdziwsza wartość naszego jestestwa - miłość naszego życia...

...nie chcę żyć sam, to pewne. Przeraża mnie myśl ciągłego wracania do pustego domu, gdziekolwiek by on był. Nie mieć się do kogo przytulić i porozmawiać? Wszak na starość pozostanie nam już tylko rozmowa i ta niemal nienamacalna bliskość. Brutalna prawda życia to ta, że każdy wiedzie je na własną rękę. Rodzice kiedyś odejdą, bracia i siostry zajmą się swoimi życiem, a dalsza rodzina spotka się z nami od wielkiego dzwonu. Kto zatem będzie stał przy naszym boku jeśli nie nasza kobieta? Facet naszego życia? Wybranek serca, pokrewna dusza. I olejmy stereotypy. Pieprzmy wszystkie durne konwenanse. Żyjmy tak jak chcemy. To nasz czas na ziemi i jeśli zakochaliśmy się w osobie tej samej płci, wdowcu, rozwódce, matce dwójki dzieci, osobie grubej, zbyt wysokiej, bez szkoły czy dobrze płatnej pracy - kochajmy ją pomimo tego. Kochajmy ją, dlatego, że ona czuje to samo i jest jej z nami dobrze, na dobre i złe. I nie potrzeba na to żadnego glejtu cholernego kościoła, urzędu, aprobaty rodziny czy przyzwolenia społecznego. Bo jeśli tylko ktoś nas pokochał nie liczy się nic innego...


...to prawda - pod warunkiem, jeśli...

20 stycznia 2016

włożyć Compact, nacisnąć Play...

   Nigdy wcześniej chęć dokonania kolejnego, z pozoru zwykłego wpisu nie sprawiła mi tyle radości. Jak dotąd nie była też, na tyle wnikliwym studium faktów sięgających w najciemniejsze odmęty powojennego świata i historii techniki. Nigdy dotychczas aktualizacja nie pochłonęła również tyle czasu, jaki poświęciłem na czytanie opracowań, oglądanie najróżniejszych filmów, konsultowanie wielu wątków ze znajomym historykiem. Chyba dlatego porwało mnie to bez reszty...

...kiedy faszystowskie Cesarstwo Wielkiej Japonii z władcą Hirohito na czele, poniosło sromotną klęskę, po II wojnie światowej zmieniło się wszystko. W perzynę obróciły się wszelkie mocarstwowe zakusy podbicia Azji...

...przypieczętowaniem tego była konferencja pokojowa z 8 sierpnia 1951 roku, na której to w San Francisco przy udziale 48 państw Japonia zaakceptowała deklaracje wynikającą bezpośrednio z postanowień Poczdamskich i podpisała między innymi porozumienie dotyczące całkowitej demilitaryzacji kraju. Od tego momentu, upokorzony i okupowany głównie przez USA  naród postanowił zmienić diametralnie politykę. Zamiast podbijać kolejne kraje, wikłać się ponownie w konflikty z Chinami, Koreą czy Rosją - Japończycy postanowili całą swoją energię, pracowitość i wysiłek podporządkowany ciężkiej pracy, włożyć w technologiczny rozwój. Z wojskowego mocarstwa zapragnęli stać się technologicznym liderem i w ten sposób opanować świat...

...tak też się stało. Kraj kwitnącej wiśni, zniszczony przez wojnę, okaleczony dwoma eksplozjami bomb atomowych, ze stratami ludności cywilnej na poziomie niemal 600 tysięcy osób oraz zabitymi na polach bitewnych ponad 2 mln. żołnierzy otrząsnął się z wojennej pożogi i w przeciągu kilkunastu lat wyrósł na giganta górującego w przemyśle chemicznym, elektronicznym i motoryzacyjnym...

...ale jak to się stało? Nawet wsparcie jakie proponował Plan Marshall'a czy dostarczała UNRRA, powojenne Niemcy Zachodnie nie wykorzystały do tak gigantycznego cywilizacyjnego skoku i postępu technologicznego. A przecież nazistowska Rzesza miała wysoce wykształconą technikę. Dlaczego w takim razie udało się właściwie tylko Japończykom, pozostawiając Niemców w tyle, na co najmniej kilkanaście następnych lat...

...przede wszystkim wynika to z natury Japończyków. Zdyscyplinowana i mocno hierarchiczna struktura ludności narodziła się dzięki ponad 300-letniej tradycji rządów wojskowych i ustawicznie trwających konfliktów. Społeczeństwo przez kilkanaście pokoleń "nauczyło się", że kiedy elita wymaga pewnych zachowań, to należy się dostosować, bo za pewne jest to "stan wyższej konieczności" A mam na myśli te sprawy stosunkowo proste i łatwe do spełnienia. Takie jak: mało jeść, mało spać, nie odzywać się gdy nie pytają, a przy tym pracować więcej niźli wszyscy sąsiedzi wokoło. Co ciekawe w Europie taka polityka zakończyła by się ścięciem kilkuset osób, a w najlepszym wypadku protestami czy w pełni nieokiełznaną, permanentną anarchią. Natomiast Japończyk będzie solidnie przeklinał panujących, ale tak samo chętnie jak ich wymyślał wieczorem, rano zbierze się do pracy. Dziwne? Dla tamtego społeczeństwa całkiem normalne. A przy tym mieszkaniec archipelagu wysp ciągnących się wzdłuż wschodnich wybrzeży Azji, tego co naprawdę myśli, nie wyjawi nawet najbliższym przyjaciołom. Do dziś panuje tam wielkie przywiązanie do zwierzchniej władzy. A autorytet dynastii cesarskiej firmowany ówcześnie przez Najjaśniejszego Pana Hirohito był tak ogromny, że nawet gdyby rozkaz zdawał się być całkowicie bezsensowny - wykonano by go...

...od około roku '47 nad Europą i pokaźną częścią świata, Stalin zasuwał "żelazną kurtynę". Najbliżsi sąsiedzi Japonii - ZSRR i Chiny wikłały się coraz mocniej w: komunizm, stalinizm, socjalizm. Japończycy mieli odwagę wykorzystać sytuację geopolityczną tamtego regionu, jak również zachodzące na świecie zmiany. A przy tym skrywali w spodniach wielkie jaja. Tak! Kiedy trzyma się w szachu zarówno Stany Zjednoczone jak i Wielką Brytanię muszą być ogromne. Byli narodem twardym, ciężko doświadczonym, którego towarem eksportowym i znakiem rozpoznawczym, znanym chyba na całym świecie byli - Kamikaze. W przyciskanym kolanem, narodzie zaczynały budzić się tendencje krytykujące politykę ciemiężenia przez USA. Dlatego sprytnie wykorzystując tę sytuację, cesarz i kierownictwo cywilno-wojskowe wysłało swoich emisariuszy zarówno do Związku Radzieckiego, jak i Aliantów. Anglosasi zdając sobie sprawę z rosnącego zagrożenia i możliwości zaangażowania się Japończyków w komunizm poluzowali więzy...

...ciekawi jeszcze jeden fakt. Czego jeszcze przestraszyli się dawni, wojenni sojusznicy. Do dziś tego nie ujawniono i jeszcze długo utajnione pozostaną negocjacje między Japonią, a Aliantami z przełomu sierpnia i września 1945 roku. Czy nie zastanawiające jest, że 6 sierpnia superforteca B-29 Enola Gay, zrzuca na Hiroszimę 4-tonową, uranową bombę atomową Little Boy. Trzy dni później 9 sierpnia 1945 r. o godz. 11:02 amerykańska superforteca B-29 Bock's Car, pilotowana przez Charlesa Sweeneya zrzuca na Nagasaki drugą bombę, tym razem plutonową - Fat Man, zabijając 75 tys. ludzi.. Wbrew obiegowej opinii, iż tego samego dnia Japonia ogłasza bezwarunkową kapitulację - nie dzieje się nic. I czy aby na pewno poddanie się pozbawione było pewnych "warunków". Dokładnie 15 sierpnia rada wojskowa ogłasza... zawieszenie broni. Wcale nie kapitulację. Podpisanie jej następuje dopiero 2 września '45 roku na pokładzie pancernika „Missouri” w obecności generała Douglas'a MacArthur'a. Co w takim razie ustalono w okresie pomiędzy 15 sierpnia, a 2 września. Jak rozmowy te, mogły rzutować na okres powojenny. W książce Roberta Wilcox'a pt. "Japan's secret war" przestawiana jest teza o szantażu nuklearnym. Czy to prawda? Dowiemy się tego prawdopodobnie dopiero po 2033 roku...

...zadziwiają także alianckie "gesty "wobec Japonii. Czy wiecie, że z niemal 100 tysięcy podejrzanych "rzeźników", przed Międzynarodowy Trybunał Wojskowy dla Dalekiego Wschodu postawiono jedynie 25 politycznych i wojskowych przywódców, z czego 7 skazano na karę śmierci, a 16 na karę dożywotniego więzienia. Całkowicie oszczędzono rodzinę cesarską z Cesarzem "Shōwa" na czele. Natomiast kuriozalnym jest, iż zbrodniarz wojenny, dokonujący bestialskich eksperymentów medycznych, między innymi na chińskich więźniach, okrutniejszy od znanego całej ludzkości "doktora" Mengele, Japoński mikrobiolog Shiro Ishii dostał po wojnie pracę w jednej z amerykańskich agencji rządowych...

    W 1989 roku, nieistniejący już japoński magazyn "Days Japan" opublikował szczegóły z powojennej kariery osób, które uniknęły procesu w wyniku ugody z Amerykanami. Najgłośniejszym przypadkiem jest historia doktora Masaji Kitano, który był sukcesorem gen. Ishii'ego na stanowisku szefa oddziału. Po latach został szefem największego przedsiębiorstwa farmaceutycznego w Japonii – Zielonego Krzyża. Pracował też w japońskim ministerstwie zdrowia oraz przewodził szkołom medycznym.
[ opracował JS "
Przemilczana historia japońskich zbrodni. O tym się nie mówi" dla Onet.pl ]

...Amerykanie zrezygnowali także z większości reparacji wojennych, zarówno spłacanych w gotówce jak i technologiach. Podpisali też liczne porozumienia o wzajemnej pomocy militarnej i gospodarczej. Pozwolili również stronie przegranej na utrzymanie organizacji gospodarki z czasów wojny, sterowanej nadal centralnie, ale przestawionej na produkcję artykułów użytku domowego/cywilnego. W szczególności na eksport, tak aby uzyskać potrzebne na inwestycje, dewizy. Fascynującą kwestią było też niepisane przyzwolenie na szpiegostwo przemysłowe jakiego dopuszczali się na terenie USA i Wielkiej Brytanii, Japończycy. Gołym okiem widać na podstawie  na przykład sprzętu Hi-Fi [ np. Marantz czy Harman/Kardon ] podobieństwo do produktów amerykańskich, a w przypadku motocykli do rozwiązań brytyjskich [ np. Triumph czy Norton ], choć dziedzin i gałęzi przemysłowych można by mnożyć. Zerknijcie choćby na Kawasaki W1, i produkt  firmy BSA [ Birmingham Small Arms Company ] model Gold Star.

...Japonia jak powszechnie się wydaje, przed wojną wcale nie była tak bardzo na bakier z wysokorozwiniętą technologią. Do tego stopnia, że naziści podpisując z faszystowskim sojusznikiem wszelkiego rodzaju pakty, porozumieli się również w sprawie wymiany myśli technicznej. Przez 5 lat trwania wojny materiały naukowe "szmuglowane" były powietrzem przez samoloty, które starając się omijać blokowane rejony świata przemierzały dystans nad Biegunem Północnym. Przemycane były również wodą dzięki U-boot'om oraz statkom handlowym, które pływając pod fałszywymi banderami , legitymowały się przy tym doskonale spreparowanymi dokumentami...

...jak więc możecie zauważyć Japończycy wcale nie startowali zupełnie od zera, bowiem zalążkiem ich elektroniki byli dotychczasowi producenci radarów, systemów lądowania samolotów na lotniskowcach oraz systemów centralnego kierowania ogniem, używanych na ciężkich okrętach artyleryjskich. Natomiast kadra wojskowych projektantów zamieniła któregoś dnia mundury na białe inżynierskie fartuchy. A było nad czym pracować, co udoskonalać, co przerabiać, modyfikować i wdrażać do produkcji dzięki zgodzie aliantów. Bowiem technologie pozyskane od Niemców, a także stworzone w trakcie trwania II Wojny Światowej mogły po wojnie zostać użyte w celach komercyjnych/cywilnych...

...na koniec tej ciekawej lekcji historii, warto zadać sobie pewne pytanie. Co wpływa na szybszy niż normalnie postęp technologiczny? Wyścig zbrojeń? Wojna? Akurat w przypadku Japonii był to konflikt jaki rodził się w roku '50 w Korei. Armia Amerykańska stacjonująca w kraju kwitnącej wiśni była mocno niedoinwestowana i to prawdopodobnie było pomysłem na wykręcenie się z ostatnich już reperkusji poczdamskich. Oficjalnie Japonia miała dwudziestopięcioletni zakaz produkcji sprzętu wojskowego, ale już w połowie roku 1950, anulowano go całkowicie. Co prawda w zamian, Japonia przyrzekła wspierać produkcją siły sprzymierzone ONZ walczące we Wschodniej Azji, ale dla obu stron było to bardzo opłacalne. Japonia mogła wreszcie stać się partnerem technologicznym dla zachodu, prowadzić legalnie wszelkie badania i testy, zarabiać na tym, a aliantom pasowało również, że sprzęt wojskowy był produkowany w pobliżu konfliktu, co obniżało koszty zakupu o sprowadzanie go ze Stanów czterokrotnie, a z Europy aż sześciokrotnie...

...to był właśnie początek cudu gospodarczego, rodzącego się Azjatyckiego Tygrysa. Zadacie sobie pytanie jak to możliwe, że z jednej strony kazano im się rozbroić. Następnie produkować broń na potrzeby "interwencji policyjnej pod egidą ONZ" w Korei. A w roku '51 "dać słowo", że nigdy nie uwikłają się w żaden konflikt i nie odbudują swoich sił zbrojnych [ faktycznie do dziś Japonia nie posiada wojska ]. Po pierwsze Japonia faktycznie nigdy później nie była w stanie wojny, jak i nie użyła siły przeciwko innej armii. Po drugie, produkowanie broni dla swoich sojuszników to co innego, niż wytwarzanie jej dla celów własnych. Po trzecie, domyślacie się, że chodziło także lub przede wszystkim o pieniądze. Podpisać jakiś świstek można - wygląda to ładnie na arenie międzynarodowej, a czemu by nie stworzyć sobie nowych rynków zbytu ukierunkowanych na Azję, zarabiać na cłach, sprzedawać wszelkie możliwe licencje krajom rozwijającym się - etc. Cóż - jeśli wyglądało to w ten sposób, to przestaję się dziwić, skąd taki skok technologiczny jakiego dokonali w przeciągu kilkunastu lat...

 ...a ja dorastałem otoczony japońskimi logami: Toshiba, NGK, Casio, Panasonic. Ale te były jeszcze jakkolwiek popularne, Kto za to słyszał wtedy o takich markach jak: Rotel, TEAC, Audio-Technika, Denso, Makita, Onkyo, Kayaba, Denon, Z wpojonym przeświadczeniem, że najlepsza technika pochodzi z Japonii nie zdawałem sobie sprawy z tego jak mocno moje życie naładowane jest technologią azjatycką. A przecież zdjęcia robiliśmy Olympusem na filmach Konika-Minolta. W większości domów znaleźć można było odtwarzacze kaset VHS Hitachi. U mnie królował pełnoprawny, trójgłowicowy magnetowid Panasonic NV-G40 HQ wypuszczony z okazji letnich igrzysk igrzysk olimpijskich w Seulu '88 roku, które notabene oglądaliśmy na telewizorze Sanyo. Kupiona w tym samym roku w Wiedniu "Mikrowella" Samsunga była czymś tak niespotykanym i egzotycznym, że znajomi pytali moją Mamę czy ma w kuchni telewizor. Natomiast Tata chwalił się na przyjęciach kolekcją swoich ulubionych taśm koncernu TDK, który uważał za najlepszy w produkcji kaset magnetofonowych. Tych samych, których ja mogłem słuchać we własnym Walkman'ie Sony - ale do diaska, jaki normalny dzieciak chciał słuchać Philla Collins'a...

...mógłbym długo wymieniać niezliczoną ilość firm, a i tak nie był by to nawet promil - tak poważny prym wiedli na świecie. A porównując choćby Hondę Accord mojego serdecznego przyjaciela Bartka aka Barta Williams'a, która wyprodukowana zostałą w tym samym roku co mój Burger, widzę nie dystans czy jakiś techniczny wyłom. Widzę pierdoloną technologiczną przepaść. Odległość milionów lat świetlnych pomiędzy techniką nawet zachodnią ( Niemiecką, Angielską, Francuską), a Japońską...

...a Japończycy naprawdę tworzyli technologiczne cuda. Dopiero zagłębiając się w te wszystkie osiągnięcia elektroniki użytkowej dowiedziałem się o Discman'ach mniejszych niż zwykły kompakt czy praprzodkach Walkman'ów - przenośnych gramofonach i wielu, wielu innych sprzętach, dziś często poszukiwanych i niekiedy uznawanych co najmniej za Święte Graal'e...















...wprowadzenie Compact Disc'ów było cywilizacyjnym skokiem. Brak szumu, wyższa trwałość, brak podatności na rozmagnesowanie, możliwość natychmiastowego przerzucania utworów, opcja ich zapętlania. Pamiętam jak autorzy programu popularnonaukowego "Sonda" zachwycali się wspólnym wynalazkiem Sony i Philips'a. Natomiast z opowieści mojego Taty znam historię pierwszego uruchomienia kompaktu którego doświadczył dzięki rozgłośni radiowej Kanału Drugiego Polskiego Radia. Kiedy prowadzący program pt. "Wieczór Płytowy" nadany 24 lipca 1983 roku, odpowiednio zaanonsował płytę CD wychwalając jej niezawodność, trwałość, odporność na uszkodzenia, ta puszczona na żywo już po kilkudziesięciu sekundach zacięła się. Podobno zażenowanie jakie wywołała ta wpadka było tak wielkie, że swąd spalonego ze wstydu spikera poczuli bez wyjątku wszyscy radio słuchacze...

...o zakupie odtwarzacza CD myślałem od lat. Moim CD player'em zawsze był komputerowy napęd. Było to rozwiązanie, które miało swoje zalety. Czytnik radził sobie ze wszystkimi rodzajami nośników. Płytami pirackimi kupionymi gdzieś na rynku, wersjami oryginalnymi, cd'kami nagrywanymi na nagrywarkach w niemal każdym możliwym stanie zużycia. Jednak zawsze nieco zazdrośnie patrzyłem na deck'i stworzone z myślą tylko o odtwarzaniu. Kiedy ja musiałem włączyć komputer, czekać na wgranie Systemu Windows 95, znosić hałas szumiących wentylatorów, wsłuchiwać się w wirujący napęd optyczny, szczęśliwi posiadacze CD player'ów, po prostu naciskali przycisk Power. Ja też zawsze chciałem wysunąć szufladę, włożyć Compact, nacisnąć Play, a dalej już tylko delektować się idealnym, pozbawionym szumów dźwiękiem...

...lata mijały. Raz audio było dla mnie ważnym elementem życia, innym razem schodziło na dalszy plan. Wprowadzenie plików mp3 wraz z pojemnymi dyskami twardymi także wywarło swój wpływ. Muzykę pomimo, iż nadal kupowałem w wersjach fizycznych właściwie zaraz zgrywałem na kompa, tak by nie niszczyć płyt czy okładek. Z tego powodu, temat zakupu odtwarzacza naturalnie odszedł w zapomnienie, aż do momentu wyprowadzenia się od rodziców. Zmuszony skutecznie zagłuszać przerażającą mnie ciszę zacząłem przewozić swój zestaw audio. Ten, dla niektórych tak modny teraz sprzęt w stylu Vintage, dla mnie był powrotem do najlepszych wspomnień. A przy tym nie został wtłoczony w nowe wnętrze tylko dlatego, iż fajnie się prezentował. Był moją przeszłością, częścią mnie samego. Także jak tylko uporałem się ze wstępnym odgruzowaniem domu chciałem wszystko to ożywić. Podpiąłem wzmacniacz, kolumny, tuner, komputer. I wtedy zauważyłem, że znowu powielam schemat. Jedynym źródłem będą bezduszne empetrójki z kompa - urządzenia, na którego odpalenie trzeba czekać, wsłuchując się w szumienie wiatraków zaburzających nieskalany cyfrowy dźwięk. To był ten moment kiedy mogłem spełnić marzenie mojego ojca, jednocześnie sprawiając także sobie od lat wyczekiwaną przyjemność...

...a nie było to takie proste jakby mogło się zdawać. Szukając odtwarzacza chciałem go dopasować do posiadanego "Cassette Deck'a". Jednak jak to zrobić, kiedy sprzęt był jeszcze w rodzinnym domu. Dlatego na początku tylko szperałem za czymś na oko, pasującym stylistycznie. Przeglądałem Ebay, nasze Allegro, tablicę z ogłoszeniami - OLX. Ku mojemu zdziwieniu srebrne wykończenie było rzadkością. Nie do końca pamiętałem też jak wyglądał mój magnetofon. Minęło prawie 10 lat od ukrycia go głęboko w szafie. Jak przez mgłę próbowałem przywołać w myślach jego design, ułożenie przycisków, ostrość brzegów, ogólną prezencję. Miałem kilka typów, choć gro sprzętów głównie zagranicznych, było po za zasięgiem finansowym. Kwoty w zależności od kraju i stanu technicznego czy wizualnego, kształtowały się na poziomie 80-130$ lub 60-110€...

...na jakiś czas ponownie zarzuciłem temat, ale któregoś pięknego dnia, siedząc przy kompie wyczaiłem na Allegro aż trzy egzemplarze "w srebrze"...

- Odtwarzacz CD Technics SL-P111 - UNIKAT!
   Licytacja - wystawiono od 45,00 zł



- CD Technics SL-P202A
   Kup Teraz - 100,00 zł






...oraz

- CD Technics SL-P250
   Kup Teraz - 119.00 zł







...odtwarzacze oglądałem z każdej możliwej strony. Zdjęcia badałem wnikliwie niczym najlepsi wojskowi analitycy zdjęć lotniczych. Oceniałem stan zużycia przycisków, stopień wytarcia napisów, zakres porysowania obudowy czy frontowego panelu. Ogłoszenia wrzuciłem w obserwowane aukcje...

...jakiś czas zastanawiałem się czy jest sens kupować odtwarzacz. Nabywać coś, co tak naprawdę nie jest pamiątką, a tym bardziej nie wywołuje wspomnień. Bo te wspomnienia to swego rodzaju hołd. Swoisty wyraz szacunku i uznania jaki mam dla Taty. Jego dokonań, tego co mi przekazał, wpoił jak i ofiarował - dosłownie.  I mimo, iż kolejny dokupiony element, nie jest pamiątką, to kupując go kieruje się emocjami, które pomimo iż sprzęt nie należy do mnie i jego historia jest mi nieznana i zapewne zgoła inna, potrafi tą moją historię wzbogacić o ciąg dalszy. To kontynuacja jego dzieła zainspirowana tym, czego już sam dokonał. Mały klocuszek, dołożony do zdobywanych pomysłowością i ciężką pracą pozostałych klocków...

...okazało się, ze model SL-P111 został sprzedany za 67,00zł Miałem przeczucie, że właśnie on pasowałby najbardziej kształtem do mojego kasetowego deck'a. Trochę żałowałem, że się sprzedał. Szczególnie za tak śmieszne pieniądze. Zanim zdecydowałem się dokonać ostatecznego wyboru, znowu przeszukałem, tym razem całe działy odtwarzaczy CD Technicsa, na trzech znanych portalach. Za granicami naszego kraju nie było niczego srebrnego [ pomijam modele z początku lat '90 ], OLX zawiódł na całej linii, a na Allegro były cały czas te same dwie pozycje. Ze swoimi rozkminami odezwałem się do Krzyśka...

...mój serdeczny przyjaciel, fan klasycznego audio, zaraz zapytał mnie o model kasetowca jaki posiadam. Problem w tym, że przez tyle czasu nie przywiozłem go do nowego domu. Tak, więc mogliśmy sobie gadać, rozmyślać, ale bez konkretu nie można było podjąć decyzji. Po 10 minutach jałowych rozmów, nie mogąc doczekać się finału tej akcji, chwyciłem za słuchawkę i zadzwoniłem do Taty. Oczywiście nie wyglądało to tak jak w filmach, gdzie bohater recytuje z pamięci markę, model, numer seryjny, podając przy tym warunki pogodowe towarzyszące przełomowej chwili sprzed 30 lat. Mój Ojciec może nie miał takiej pamięci, ale naprowadzony na miejsce przechowywania deck'a, wyciągnął go z szafy i zwyczajnie odczytał z tabliczki znamionowej model. RS-B11W. Byliśmy w domu!..

...internet podpowiedział nam, że jest to sprzęt z lat '84-'86, a dzięki grafice Google znaleźliśmy również dobre fotki. Teraz można było porównywać CD-ki. Krzysiek niedługo potem naprostował mnie, że model SL-P111 patrząc choćby po symbolach był najprostszym z trójki kompaktów. A po za tym miał mocno sfatygowaną górną obudowę. Nie mogłem się z tym nie zgodzić. Za chwilę też dzięki sprytowi Krzycha i wrodzonej intuicji wyszperał w sieci informacje, że wersja SL-P202A jest co prawda inteligentniejsza od ostałego się modelu "250" ale zahacza już o rok '90. Dzięki stronie VintageTechnics.co.uk wiedzieliśmy już wszystko. Wersja SL-P250 pochodziła z roku '88, kosztowała nominalnie 370$ i plasowała się w połowie stawki. Idealnie więc wpisując się w "tworzoną w przypływie chwili - kontynuację rodzinnej historii"...

...pozostawała jeszcze kwestia wymiarów. Dumałem czy aby na pewno CD będzie miał tą samą szerokość co Compact Cassette Deck. W ogłoszeniu na portalu Amazon.com Krzysiek wyczaił wymiary magnetofonu wyrażone na szczęście w milimetrach [ dimensions: 430 x 108 x 232mm ], natomiast ja drążąc dalej temat, odkryłem portal HiFiengine.com, a tam - czarny player z opisem tak ważnej dla nas szerokości. Wszystko się zgadzało...

...nie wiem dlaczego się wahałem. A zapewne tak było, ponieważ Krzysiek widząc to, zaczął tłumaczyć mi, że na pewno jest to jedna linia z magnetofonem ponieważ:


- widzę, że przycisk włączający "Power" i gniazdo dużej wtyczki "Jack" będziesz miał w jednej linii.


po chwili dodając jeszcze:


- znalazłem zdjęcia gdzie oba urządzenia były włączone i wyświetlacze utrzymane są w takiej samej kolorystyce, nasyceniu podświetlenia, wielkości liter i cyfr


...i faktycznie nawet ostre krawędzie obudowy i stylistyka w jakiej był utrzymany kompakt, pasowała do designu jaki prezentował magnetofon. Przed naciśnięciem "Kup Teraz" zerknąłem ostatecznie na nienaganną reputację sprzedawcy, Przemo_Sunny który zapewne typowym handlarzem nie był, sądząc po tym, że miał na stanie tylko ten odtwarzacz. Nie znajdując kolejnych wymówek, nie zastanawiałem się dłużej. Kupiłem go!..

...nie wiem czym bardziej byłem podniecony. Naszym małym śledztwem, faktem, że wszystko tak ładnie ułożyło się w całość, możliwościami jakie w wytropieniu wszystkich faktów dawał internet czy samym nabyciem tego CD player'a...

...pamiętam jak musiałem być tym wszystkim zafascynowany, bo pierwsze co z siebie wydałem to skierowany do Krzyśka okrzyk:


- kupiłem go! Kontynuuję dzieło swojego ojca. Rozumiesz to!?


...kumpel, ze spokojem godnym najbardziej doświadczonych Stoików, wypowiedział zdanie, które do teraz jeszcze obija mi się po ściankach uszu:


- rozumiem. Jesteś analogiem w świecie cyfrówek.


...i to było samo sedno. Chyba najfajniejszy komplement jaki mógł paść z ust kumpla, a zarazem ciekawe podsumowanie emocjonujących poszukiwań...

...oczywiście mogłem dalej szukać innych modeli odtwarzaczy. Nie decydować się na zakup w przypływie chwili, a na spokojnie szukać jakiegoś upatrzonego typu CD'ka. Ale tak naprawdę nadal uważam, że ten całkiem przypadkowy wybór był zupełnie trafiony. Ta sama estetyka, design, użyte materiały o identycznym wykończeniu, układ i kształt przycisku Power, który zgrywa się z jedną linią klawisza zasilania kasetowca. Wreszcie zbieżne usytuowanie gniazda Jack oraz wyświetlacz bazujący na tych samych rozwiązaniach, czyli nasyceniu podświetlenia utrzymanego w niebieskiej tonacji. Czego chcieć więcej? A, że jest z '88 roku? Gdybym chciał kupić coś o 2 lata młodszego było by to urządzenie dużo większe i niekoniecznie wpasowujące się we wspólną z magnetofonem estetykę, uboższe, a przy tym mniej "inteligentne". A tak - moja "dwieście pięćdziesiątka" ma klawiaturę do wybierania poszczególnych utworów, opcję tasowania track'ów, zapętlania pojedynczego utworu, całego albumu, tworzenia własnej playlisty. Tak właśnie. Pomyślałem to samo - tyle możliwości, funkcji, opcji w 1988 roku. A tak na marginesie to do dziś na Allegro czy dawnej Tablicy, nie pojawiło się nic sensownego w srebrze. Dlatego tym bardziej twierdzę, że dobrze się stało...

...mało kiedy zdarzało mi się tak niecierpliwie oczekiwać na jakąś rzecz, a wtedy niemalże odliczałem godziny. Zastanawiałem się w jakim stanie będzie mój SL. Zdjęcia nie były jakoś nad wyraz szczegółowe i wyraźne. Mogłem coś przeoczyć. Wreszcie dumałem czy będzie faktycznie w stu procentach sprawny i czy zostanie wystarczająco solidnie zapakowany. Po tych wszystkich perypetiach nie chciałem się rozczarować...

...kiedy nareszcie dane mi było otwierać paczkę przy kurierze, pierwsze zdumienie jakie mnie ogarnęło to pancerne zapakowanie sprzętu. Dotychczas tak zabezpieczone przesyłki nadawałem tylko ja sam. A tu proszę. Dopadłem do odtwarzacza. Obejrzałem go najwnikliwiej jak mogłem w tak krótkim czasie. Ogarnęło mnie zadowolenie...

...z pierwszym uruchomieniem oczekiwałem kilka godzin. Tata zawsze powtarzał mi, że nie można podłączać dopiero przyniesionego z mrozu sprzętu. Nie wiem ile w tym prawdy, ale czekałem cierpliwie. Gówno prawda! Cholera, jak ja nie mogłem doczekać się tej chwili, choć dzięki temu, mogłem się dokładniej mu przyjrzeć. Wszystkie napisy były czytelne, żadnej wytartej kalkomanii. Ani jednej szpetnej rysy czy poważnego uszkodzenia. Już wtedy miałem dobre przeczucia...

...w końcu podłączyłem go do wzmacniacza, a następnie do prądu. Zaświeciły się wszystkie możliwe kontrolki - całe spektrum funkcji. Szuflada posłusznie wyjechała z wnętrza kompaktu. Włożyłem płytę. Płytę równie ważną jak sam odtwarzacz. Po chwili w Altusach dało się słyszeć charakterystyczny szum wiatru, inaugurujący "Światła Miasta - Grammatika". Byłem oczarowany. Urodziłem się na nowo. Poczułem, że teraz tu jest mój dom...

...do dziś na Allegro nie pojawił się żaden ciekawy srebrny odtwarzacz CD z połowy lub końca lat '80. Na Ebay'u jest ich dosłownie kilka, ale potrafią kosztować połowę więcej niż wersje czarne. Jak się okazuje mój Tata miał gust, nie tylko muzyczny...

... a co do samego odtwarzacza to pracuje doskonale. Oryginalne płyty odczytuje w lot, natomiast nad zgranymi aktualnie kopiami zastanawia się sekundę dłużej. Jest cichy, szybki i taki śliczny. Jedyna rzecz jaką trzeba teraz zrobić to na nowo skopiować całą moją kolekcję ponad trzystu kompaktów na nowe płyty, ponieważ mój CD player nie zawsze daje sobie radę z zapasowymi dyskami nagrywanymi przeze mnie 8-10 lat temu. Jednak to już temat na zupełnie inną opowieść...

...a o to jak się prezentuje...


















...dowodem tego jak poważnym graczem w światku audio, są Japończycy, niech będzie fakt, iż próbując wyszukać dowolne amerykańskie czy angielskie firmy produkujące domowe audio, znajdowałem w większości marki japońskie takie jak: Kenwood, Sony, Alpine, Panasonic, Hitachi, Onkyo, Sanyo, Sharp, JVC, Toshiba, A&D, Yamaha, Alpage, Denon, Pioneer, TEAC, Fisher, Optonica, Monacor, AIWA, Rotel, Luxman, AKAI, czy nieistniejący* już Technics...

...na koniec pragnę podziękować trzem osobom: Zbigniewowi, który czuwał nad merytoryczną stroną "artykułu". Był również nieocenionym źródłem informacji. Także Krzyśkowi należą się "wielkie dzięki"" za pomoc w wytropieniu historii odtwarzacza i namówienie mnie na jego zakup. Cały czas cieszę się nim tak jak na samym początku. Na koniec podziękowania kieruję do Pana Przemka, który wystawił sprzęt do sprzedaży, a opis jaki dał, był wiarygodny i w stu procentach zbieżny z rzeczywistością. Jeśli szukacie czegoś - zajrzyjcie na jego konto na Allegro - polecam...

...* wyjaśnienie już wkrótce...


......zawartość intelektualna oraz wykonane przeze mnie zdjęcia są moją własnością i chronione są prawem autorskim wynikającym z
 "Ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych". 

Dlatego jeśli masz ochotę zamieścić cytat artykułu, podlinkować go lub w całości przedrukować, wykorzystać zdjęcia lub znalazłeś/aś błąd - proszę, skontaktuj się ze mną.

18 stycznia 2016

wciągnąłem się w temat...

Szperałem trochę w domu. Znalazłem ciekawe papiery od kilku sprzętów audio. Między innymi okazało się, że do dziś zachowała się oryginalna instrukcja od magnetofonu. Prezentuje nawet fajny stan. Dzięki niej przypomniałem sobie jak nagrywało się  z obcych źródeł, ustalało poziom wzmocnienia jak i o kilku innych możliwościach jakie dawał. Daje!..

...powiem szczerze, że wciągnąłem się w temat. Na tyle mocno, iż dokonałem kilku dodatkowych wpisów w poprzedni tekst. Zapraszam więc do przeczytania go raz jeszcze, obejrzenia fotek dokumentacji, a także do przygotowania się na kolejną technologiczną petardę...